fbpx Skip to content

„Historia jednego z wielu czerwonych bikini.”

     Atrakcyjność fizyczna – coś co kiedyś było atutem, a co dzisiejszy wszechobecny kult ciała doprowadził do granic absurdu i chorej obsesji. Pracując na co dzień z kobietami, już dawno udało mi się zauważyć, że większość posiada toksyczne relacje ze swoim ciałem. Jedne z Was chcą schudnąć, drugie przytyć, a jeszcze inne zawalczyć ze swoją genetyką zmieniając proporcje ciała. Jesteśmy jedynymi istotami żywymi, które potrafią jeść, kiedy nie są głodne, a później celowo się z tego powodu głodzić. Czasami podchodzimy do siebie tak krytycznie, że chcąc wpisać się w kanon piękna traktujemy nasze ciało niczym jeńca wymagającego nieustannego nadzoru.
Tak było również ze mną. Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami moją własną historią. Historią o tym, do czego doprowadziłam swój organizm w pogoni za ideałem.

     Aktywność fizyczna była przy mnie od zawsze. W zależności od wybranej formy potrafiła mnie zarówno uspokoić, jak i pobudzić i pomóc rozładować mój ognisty temperament. Nikogo zatem nie powinno dziwić, że po 4 latach studiowania Architektury postanowiłam, że nie chcę spędzić już ani chwili dłużej przed monitorem. Cztery miesiące po moim wyjeździe z Krakowa siedziałam u brzegów Gangesu, zastanawiając się co dalej. W głowie rodziły mi się wtedy pomysły kursu instruktorskiego z jogi, albo opanowania sztuki „kundalini dance”. Moje liczne wizje przyszłości mieszały się jednak ze skrajną biedą indyjskich ulic sprowadzając mnie momentalnie do „tu i teraz”. Wracając z Indii przyznałam rację Buddzie – życie jest duhkhą (cierpieniem). Pragnąc wyjść poza kolo Samsary (tłumaczone jako odwieczna wędrówka) zaliczyłam trochę ceremonii Ayahuasci, po czym udałam się jeszcze do Norwegii, by tam pomedytować i pomyśleć nad swoim dalszym losem.

      Po prawie rocznej tułaczce zadzwoniła do mnie przyjaciółka ze studiów, próbując po raz kolejny ściągnąć mnie do Warszawy. Sylwia jest osobą, która ma milion szalonych pomysłów na minutę, a zgoda na którykolwiek z nich kończy się zawsze jakąś „przygodą życia”. Tym sposobem jeszcze w 2016 roku wylądowałam w Warszawie i rozpoczęłam kurs na trenera personalnego. Joga nie miała szans w starciu z ciężarami. W końcu znalazłam coś, co sprawiało mi prawdziwą frajdę i spowodowało, że przestałam zgadzać się z twierdzeniami Buddy.

     Będąc na kursie na Trenera Personalnego po raz pierwszy usłyszałam o zawodach bikini fitness. Środowisko to, było dla mnie czymś zupełnie nowym. Moja wrodzona skłonność do rywalizacji spowodowała, że niewiele myśląc postanowiłam wziąć w nich udział. Miałam przy sobie trenera, który prowadził blok zajęć z kulturystyki i który później zgodził się pomóc mi w przygotowaniach do zawodów. Przed moją przeprowadzką do Warszawy regularnie uczęszczałam na siłownię. Moje ćwiczenia nie były jednak w tamtym czasie w żaden sposób uporządkowane, a większość członków dawnego Pure’a może mnie z pewnością kojarzyć jako „dziewczynę z bieżni”.

      Proces przygotowania do zawodów okazał się jednym z punktów zwrotnych w moim życiu. Z beztroskiej dziewczyny, która uwielbiała jedzenie na mieście i babskie spotkania przy winie zmieniłam się w osobę, która szła do kina z własnym pojemnikiem z jedzeniem. Czy był to dla mnie problem? Nie! Miałam swój cel, a ciężkie treningi sprawiały mi przyjemność. Moje życie stało się rutyną. Ciągiem codziennych czynności wykonywanych na totalnym autopilocie. Wstawanie, przygotowywanie posiłków, spacer z psami, trening, jedzenie, spacer z psami, praca, jedzenie, praca, jedzenie, praca, psy, sen. W zależności od tego, czy był to okres masy, czy redukcji zmianie ulegało jedynie makro i kaloryczność moich posiłków. Ciężka praca przynosiła jednak widoczne efekty, a to mnie nakręcało.

     I tak minęło pierwsze pół roku moich przygotowań do zawodów. Pierwsze problemy ze zdrowiem zaczęły pojawiać się już na kilka miesięcy przed zawodami. Zaczęło się od bólu kolan, kołatań serca i nerwowości wywołanej „spalaczami tłuszczu”. W trakcie rozmów z trenerem często pytałam go, czy to wszystko właśnie tak powinno wyglądać? Ten jednak zawsze odpowiadał, że to normalne, że do kulturystyki trzeba mieć charakter i żebym się nie poddawała! Czego jak czego, ale charakteru nigdy mi nie brakowało, dlatego też nie bacząc na złe samopoczucie wrzucałam kolejną tabletkę „spalacza” i kontrolowałam, aby nie paść z głodu do kolejnego posiłku. W miarę zbliżającego się terminu zawodów ilość moich „jednostek cardio” szła sukcesywnie w górę, a kaloryka diety była coraz niższa. Ćwiczyłam więcej, jadłam mniej i myślę, że gdyby nie towarzysząca mi retencja wody mogłabym z powodzeniem pójść na casting do „Walking Death”. Zmęczenie malujące się na mojej twarzy nie było już oznaką niewyspania, a na sińce pod oczami nie pomagały już nawet korektory Lancome (kosmetyk wysokiej jakości ;)), do których intensywnie próbowała przekonać mnie Sylwia. W tym czasie coraz częściej zdarzało mi się zawalać swoje codzienne obowiązki i słyszeć od znajomych, że to już nie wygląda dobrze.

     Poza czasem spędzanym w pracy i na treningach starałam się cały czas aktywnie uczestniczyć w szkoleniach i bezustannie poszerzać swoją wiedzę. W branży fitness zawsze pojawiają się jakieś nowości, a większość szkoleniowców występuje tutaj jako Guru, posiadające wiedzę absolutną.
Ja natomiast, im więcej szkoleń przeszłam, tym bardziej uświadamiałam sobie jak mało wiem.
Często podpytywałam trenera, co sądzi na temat danej rzeczy. Ten jednak odpowiadał, że nie wie i nie ma sensu kombinować, bo on zna schemat, który się sprawdza!
Kiedy któregoś dnia zapytałam, czy powinnam może zrobić jakieś badania, żeby sprawdzić czy wszystko ze mną w porządku? – usłyszałam, że nie ma sensu, retencja wody to normalna sprawa, a przed sceną i tak „wjedzie diuretyk” (lek moczopędny).

     Moje sypiące się garściami włosy zmotywowały mnie jednak do zrobienia badań na własną rękę. Wyniki parametrów tarczycy mieściły się jeszcze w normach (choć już prawie wychodziły poza zakresy referencyjne), aczkolwiek kortyzol i ferrytyna nie wyglądały już tak kolorowo.
Po 2 latach wegetarianizmu, postanowiłam, że do mojej diety na nowo powraca mięso, a drinki (z których decydując się na udział w zawodach zrezygnowałam całkowicie) zostaną zastąpione przez wlewy witaminowe. I tak minęły mi ostatnie miesiące przygotowań. Nie mogłam powiedzieć, że czułam się dobrze, ale pijąc hektolitry czarnej kawy i garściami łykając suplementy jakoś dawałam radę. O pracy w ostatnich dwóch tygodniach przed wyjściem na scenę mogłam już zapomnieć. Co rusz wymyślałam argumenty, dlaczego nie mogę się pojawić, a jak już przyszłam to czułam się tak, jak bym miała zemdleć za 3..2..1… Żyłam jak w amoku. Coś co miało być frajdą, zamieniło się w totalną męczarnię, którą chciałam mieć już za sobą. Mimo to, ani przez myśl mi nie przyszło, żeby odpuścić. Trener wciąż zapewniał mnie, że moje samopoczucie jest jak najbardziej normalne i właśnie przez to sporty sylwetkowe są tak wyjątkowe.
Szczerze mówiąc jedyne o czym marzyłam to zjedzenie w końcu czegoś, czego nie musiałabym ważyć i przeliczać na makro. Nie było mi to jednak dane. Mój ostatni tydzień przygotowań do zawodów polegał na jedzeniu niesolonego, gotowanego kurczaka z ryżem, z dodatkiem świeżego ogórka i masła orzechowego. Pomimo picia hektolitrów wody i stosowania leków diuretycznych moje nogi nadal były jedną wielką retencją wody.

     Pozwolę sobie pominąć opis moich ostatnich dni przed i po zawodach.

     Pomimo wielu problemów ze zdrowiem i z samopoczuciem w debiutach jednak wystartowałam, zajmując bodajże 7 miejsce i dostając się do półfinałów. Choć szczerze mówiąc wówczas ten wynik nie miał już dla mnie żadnego znaczenia. Dopiero na backstage’u zdałam sobie sprawę z tego, jak źle musiały przebiegać moje przygotowania. Mojego wyczerpania i worków pod oczami nie były w stanie ukryć nawet tony makijażu. Powrót do rzeczywistości również w moim przypadku był bolesny. Niestety uświadomiłam sobie to nieco po fakcie.

     Moja współpraca z tamtym trenerem szybko dobiegła końca. Wówczas zgłosiłam się do innego, polecanego przez „bikiniary” na debiutach. Musiałam jakoś odstawić diuretyk, na którym byłam już od dobrych dwóch tygodni. Miałam głęboką nadzieje, że szybko się podźwignę i pójdę dalej. Tak się niestety nie stało. Dostałam nowy plan treningowy, nową dietę (niby już mniej restrykcyjną, ale której nie byłam w stanie utrzymać). Po godzinie od zjedzenia posiłku, zaczynałam czuć się dziwnie. Po dwóch, miałam wrażenie jak bym chodziła pod wodą i miała usnąć w pozycji w jakiej się aktualnie znajdowałam. Zdiagnozowano u mnie hipoglikemię reaktywną. Już miesiąc później stałam się „chodzącą retencją wody z rozwaloną tarczycą”. Doprowadzenie swojego zdrowia do porządku zajęło mi 2 lata i kosztowało mnie naprawdę sporo wysiłku i pieniędzy. Na szczęście miałam przy sobie świetnych ludzi, którzy nie odwrócili się ode mnie pomimo tego, że przez miesiące przygotowań byłam naprawdę nieznośnym człowiekiem.

     W tym momencie zwróćcie proszę jeszcze raz uwagę na ostatnie zdanie pierwszego akapitu, w którym widnieje słowo „doprowadziłam”. Ten tekst jest historią wielu błędów, jednak nie ma on na celu poszukiwania winnych. Chciałabym, żeby był on dla co poniektórych formą przestrogi.
Wchodząc w świat przygotowań do zawodów bikini fitness nie miałam pojęcia o tym, jakim kosztem się to odbywa. Jako laik, postanowiłam zaufać człowiekowi, który w tamtym momencie mojego życia wydawał mi się osobą znającą się na rzeczy, kompetentną. Zmiana mojego stanu zdrowia nie nastąpiła w przeciągu jednej nocy. Moja współpraca z tym Panem trwała rok. W tym czasie mój organizm wysyłał mi liczne sygnały ostrzegawcze, które ja bagatelizowałam. Ślepy upór w dążeniu do celu spowodował, że za moje jednorazowe wyjście na DEBIUTY przyszło mi zapłacić wysoką cenę.

     Takich historii jak moja jest wiele. Niektórym dziewczynom nie jest nawet dane założenie stroju bikini. Lekceważenie własnego organizmu oraz nadmierne zaufanie do ludzi, którzy na nie nie zasługują (co niestety okazuje się po czasie) powoduje, że wiele osób rujnuje sobie zdrowie. Ta historia nie jest tylko historią dziewczyny, która któregoś dnia postanowiła, że założy na siebie bikini. To historia wielu kobiet, które za mocno zaufały czyjejś wizji i weszły na diety 800 lub 1000 kcal. Nasz wewnętrzny brak równowagi pomiędzy ciałem, a duchem oraz chęć sprostania czyimś oczekiwaniom prowadzi nas często na skraj przepaści. Tam niestety nie ma już tych wszystkich trenerów i specjalistów, którzy obiecywali sukces. Czekają tam – żal, rozgoryczenie oraz kolejni ludzie, którzy będą chcieli na Was zarobić.

     Niestety, osób naprawdę kompetentnych (czy to wśród trenerów, czy wśród specjalistów wielu innych dziedzin) wbrew pozorom jest bardzo mało, a wieści o takich roznoszą się zazwyczaj pocztą pantoflową. Nie znajdziesz wśród nich 25-letnich trenerów z Instagrama, opowiadających o swoim 15 letnim doświadczeniu (to przykład z życia!). 😉
Jak widać Social Media pokazują nam mocno przerysowany obraz, który często nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.

     Dlatego jeśli:
– zaniedbywałaś swoje ciało przez 3, 10 czy 30 lat to nie licz na to, że uda Ci się to wszystko naprawić w ciągu kilku tygodni, a nawet miesięcy,
– przez lata zaniedbywałaś dietę i przez to cierpisz na insulinooporność, hashimoto, problemy jelitowe, itd. itp. to cały proces powrotu do zdrowia i formy może Ci zająć jeszcze więcej czasu,
– większość dnia spędzasz w pozycji siedzącej, to nie myśl, że 2 godziny treningu w tygodniu zastąpią całotygodniowy ruch. To nie jest wystarczająco!

     Nauczcie się poddawać w wątpliwość wszystko co obiecuje łatwy i szybki efekt w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę ze sportem, nie liczcie na to, że po miesiącu będziecie wyglądać jak dziewczyna z okładki Women’s Health. Pamiętajcie, że wszystkie wielkie sukcesy to tak naprawdę suma mniejszych kroków. Żyjemy w świecie, w którym wszyscy chcielibyśmy mieć wszystko „na wczoraj”. Niestety, trwały proces zmiany sylwetki jest długi i powolny. Wytrwałość i praca zostanie Wam jednak wynagrodzona.
Trenując 2 lub 3 razy w tygodniu nie wypracujesz sobie sylwetki sportowca, ale z powodzeniem zaczniesz pozbywać się nadmiaru tkanki tłuszczowej, nieco ujędrnisz ciało, pozbędziesz się bólu pleców oraz zadyszki, którą łapiesz wchodząc po schodach! 🙂

Autor: Agnieszka Kraj

Published inMetamorfozyMotywacja